Od 1988 r. publicznie jestem liberałem

Nigdy nie bałem się iść pod prąd. Zwykle mówiłem i pisałem to, co uważałem za słuszne. Wiosną 1988 r.  jeszcze jako student dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskie publicznie powiedziałem komunistom, że zbłądzili, że czas wracać do kapitalizmu i demokracji parlamentarnej.

 

 Biorący wówczas w publicznej dyskusji przedstawiciele polskiej elity chcieli tylko kosmetycznych zmian ówczesnego ustroju, a byli wśród nich m.in. Marek Goliszewski, obecnie prezes Business Centre Club, i Lena Kolarska-Bobińska, obecnie europosłanka Platformy Obywatelskiej. Mam kopie ich referatów powielone na ksero przez CBOS z wiosny 1988 r.

Od 1990 r. publicznie głoszę hasło Wolność-Własność-Odpowiedzialność. 

To liberalne hasło.

A pani Anna Lewkowska, redaktorka naczelna serwisu BS.net.pl próbuje uczynić ze mnie populistę. Jej komentarz  pod adresem:

http://www.bs.net.pl/?masta=00017&strona=02302 jest polemiką m.in. z moimi komentarzami w dzienniku internetowym IBS.edu.pl. Domyślam się tego, choć moje nazwisko w nim nie pada.

Obecnie dyskusja w sektorze banków spółdzielczych przybiera na sile, bo znalazł się on w przełomowym momencie.  Unijni biurokraci chcą pozbawić banki spółdzielcze samodzielności, chcą im odebrać wolność, własność i odpowiedzialności. Chcą je skolektywizować z bankami zrzeszającymi, zmusić do konsolidacji finansowej.

Na początku XXI wieku publicznie wspierałem wejście Polski do UE. Uważałem bowiem, że będzie to korzystne dla polskiej gospodarki, bo pozwoli polskim obywatelom łatwiej znaleźć pracę za granicą oraz skłoni więcej firm z UE i spoza niej do inwestowania w Polsce. Ponadto traktat nicejski dawał naszemu państwu duży zakres suwerenności.

Publicznie spierałem się z innymi członkami liberalnej partii Unia Polityki Realnej o akcesje Polski do UE. Większość członków UPR była przeciw, a ja byłem za.

Za mało mam danych, by zrobić rzetelny bilans ekonomiczny efektów członkostwa Polski w UE. Taki bilans trzeba byłoby sporządzić dla lat 1990-2012.

Uważam, że w takim okresie ten bilans wyszedłby dla nas bardzo niekorzystnie. Niemcy obiecały naszym elitom politycznym, że wejdziemy do UE w połowie lat 90. XX wieku. Jednym z warunków było obniżenie przez nasz kraj ceł na unijne towary. Polska obniżyła cła, unijne towary zalały nasze rynki, upadły tysiące naszych firm, wzrosło bezrobocie. Ale wejście Polski do UE zostało znacznie opóźnione. Jako pierwszy zwrócił mi na to uwagę w 1998 r. Sobiesław Zasada. 

Po poniesieniu tych kosztów (upadek polskich firm, wzrost bezrobocia) trzeba było tym bardziej wejść do UE, by choć część z nich sobie zrekompensować dzięki unijnym dotacjom.

Jednak po wejściu Polski do UE jej elity szybko zmieniły zasady gry. Zdecydowały zmienić traktat nicejski na mniej korzystną dla nas  Konstytucję UE.  Gdy nasz premier Leszek Miller nie zgodził się na to, doprowadziły do jego obalenia. 

Konstytucja UE nie weszła w końcu w życie, bo odrzucili ją w referendach obywatele Francji i mieszkańcy Holandii.

Unijne elity przepchnęły więc traktat lizboński, zawierający wiele zapisów z Konstytucji UE. Ten traktat, zaakceptowany przez nasze elity, odarł nasz kraj z wielkich obszarów suwerenności.

Publicznie wypowiadałem się przeciw traktatowi lizbońskiemu, popierałem w 2009 r. ruch Libertas. Polacy w wyborach wsparli jednak partie akceptujące traktat lizboński.

I traktat lizboński obowiązuje. Dzięki niemu unijna biurokracja ponad głowami naszego Sejmu, Senatu i prezydenta może stanowić prawo w Polsce w wielu dziedzinach.  To jest jawny przejaw utraty suwerenności.

Unijna biurokracja przygotowuje właśnie taką dyrektywę, która wejdzie w życie ponad głowami naszego Sejmu, Senatu i prezydenta i w sposób zasadniczy zmieni reguły działania banków spółdzielczych i banków zrzeszających.

Czy banki spółdzielcze skorzystały na wejściu Polski do UE?

Nie mam szczegółowych danych, ale jasne jest dla mnie, że skorzystały. Na wieś popłynęły bowiem miliardy złotych dopłat i dotacji, finansowanych z budżetu UE i budżetu państwa polskiego. Duża część tych pieniędzy przepłynęła  przez banki spółdzielcze. Skorzystały one też na popycie na kredyty ze strony gospodarstw rolnych, które modernizowały się z pomocą unijnych pieniędzy.

Dopłaty i dotację są jednak sztucznym finansowaniem rolnictwa. Odrywają rolników od rynkowych zasad gry, wielu oduczają odpowiedzialności. Bez dopłat wielu rolnikom trudno byłoby spłacać kredyty zaciągnięte w bankach spółdzielczych. Obawia się tego wielu prezesów banków spółdzielczych.

Rolnicy uzależnili się od dopłat. Dopłaty mają też wpływ na kondycję wielu banków spółdzielczych. W ten sposób unijna biurokracja uzależnia od siebie coraz więcej podmiotów. 

W czasie kryzysu uznała jednak, że to za mało. Chce większej kontroli i większego uzależnienia banków spółdzielczych. 

 

"Wszyscy to przecież wiemy, czasy się zmieniają, zmianie ulegają metody działania, sytuacja gospodarcza, prawo. Bankowość, w tym spółdzielcza, też podlega tym procesom. Rzeki można jednak regulować. Zawracać kijem się nie da. Choć tak twierdzą populiści", napisała Anna Lewkowska.

Komuniści też długo uważali, że to oni płyną z prądem, że mają rację. Ale gdy system zbankrutował, zmienili zdanie. Popłynęli w drugą stronę. 

"Mogliśmy do UE nie wstępować. Mogliśmy się nie załapywać na ten pociąg. Mogliśmy przecież pojechać inną drogą. Na Białoruś, na Ukrainę….i zostać na owych Kresach Wschodnich Europy. Nie rozkradłyby nas zagraniczne banki i "układy", nie byłoby zmartwienia z kredytami walutowymi, nie oszukałyby nas OFE. Równiutko ( z wyjątkiem oligarchów) klepalibyśmy swoją biedę i trzymali języki za zębami, napisała Anna Lewkowska.

 

Nie zgadzam się, że nie było alternatywy dla wstąpienia Polski do UE. Dziś uważam, że od 1990 r. trzeba było stawiać na samodzielny rozwój według liberalnych zasad, nie przymilać się do UE, bronić cłami swoich przedsiębiorstw, nie oddawać w ręce obcego kapitału żadnego banku, wspierać rozwój banków spółdzielczych oraz spółdzielni handlowych i mieszkaniowych, zostawić liberalną ustawę o działalności gospodarczej, autorstwa Mieczysława Wilczka.

Obecnie nasza sytuacja jest bardzo trudna. Trudniejsza nawet niż w 1990 r.  Wówczas byliśmy bankrutami, ale mieliśmy olbrzymi majątek produkcyjny. Dziś też jesteśmy bankrutami, ale nie mamy już większości majątku produkcyjnego.

Z gospodarzy  staliśmy się fornalami – pracownikami w obcych gospodarstwach (firmach, bankach, sklep i bankach). 

Wyprzedaliśmy majątek w obce ręce, a nasze długi w stosunku do PKB nie zmniejszyły się od 1990 r., wręcz odwrotnie – znacznie wzrosły.

Jawny dług publiczny wynosi 900 mld zł, ukryty dług publiczny ponad 2 biliony złotych, długi gospodarstw domowych skoczyły do 500-600 mld zł, a długi firm do 250-300 mld zł. 

Finanse państwa są w tak opłakanym stanie, że rząd płaci miliony dolarów za gotowość udzielenie pożyczki MFW w wysokości 25 mld USD. A więc wszyscy chodzimy po cienkim lodzie.

W innych krajach UE nie jest lepiej. 

Zbankrutowała Grecja i Irlandia. Bankrutuję Hiszpania i Portugalia. Niedługo pieniędzy zabraknie Włochom, Francuzom i Brytyjczykom. Gdy tak się stanie, zbankrutować mogą też Niemcy w ciągu 2-3 lat.

Może więc jednak warto było od 1990 r. żyć za swoje pieniądze na niższym poziomie, nie zadłużać się, nie demoralizować ludzi pieniędzmi za nic (dopłatami i dotacjami) i z całych sił wspierać własną przedsiębiorczość – czyli dać ludziom własność, wolność i odpowiedzialność. W ramach socjalistycznej UE jest to niemożliwe.

Dziś najpilniejszą rzeczą jest likwidacja systemu OFE, który służy tylko zachodnim bankom i instytucjom finansowym do drenowania naszego kraju.

Więcej o drenowaniu nas przez system OFE w moim artykule pod adresem:

http://biznes.interia.pl/raport/emerytury/news/system-ofe-pomaga-zagranicznemu-kapitalowi-nas-drenowac,1764181,1021

 

Trzeba też bronić za wszelką cenę samodzielności banków spółdzielczych, wspierać je i ich klientów – małe i średnie przedsiębiorstwa.

Służyć temu będzie stabilizacja systemu podatkowego. Za rocznym vacatio legis w przepisach podatkowych i ubezpieczeniowych publicznie opowiadam się od 2000 r. 

Poczekajmy do końca września 2012 r. na to, co powie nasz premier Donald Tusk. Może zrozumie powagę sytuacji i zdecyduje o likwidacji OFE. 

Dalsze podnoszenie podatków i składek ubezpieczeniowych będzie bowiem szkodliwe dla rozwoju gospodarczego. Przyspieszy też wyludnianie się naszego kraju. 

Donald Tusk jest premierem. On ponosi odpowiedzialność. Piszę o tym w nadziei, że któryś z moich czytelników  szepnie mu słówko, jakie są właściwe rozwiązania naszych problemów.

Głosowałem na Donalda Tuska w wyborach prezydenckich w 2005 r. Szkoda, że przestał być liberałem. Ja liberałem jestem do tej pory.

Moim zdaniem, warto też przeanalizować możliwość i skutki wystąpienia Polski z UE w ciągu kilku najbliższych lat. 

Wiele wskazuje, że będą to burzliwe lata. 

Jerzy Krajewski

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *