Banki komercyjne tracą resztki cnoty

"Gdyby w ciągu miesiąca dwadzieścia – trzydzieści tys. drobnych przedsiębiorców przeniosło swe rachunki do banków spódzielczych, prezesi banków komercyjnych bardzo szybko pośpieszyliby z redukcją marż i opłat, a ich pracownicy wręcz wciskali kredyty", przekonuje "Trybuna".

Na przełomie roku wyszło na jaw, że część polskich przedsiębiorstw została uwikłana wtzw. opcje walutowe. Potem przyszedł czas na różnego rodzaju "czarne listy" klientów, ograniczanie akcji kredytowej i coraz bardziej nachalne żądania rządowych gwarancji. Ostatni pomysł to podwyżki pobieranych marż, domaganie się od kredytobiorców przedstawienia dodatkowych zabezpieczeń (nawet jeśli kredyt spłacany jest regularnie) i wycofywanie się z kredytów mieszkaniowych udzielanych w popularnych do niedawna frankach szwajcarskich. Oficjalnie winny temu jest kryzys.

Do ostatniego grosza

Banki komercyjne nie bardzo mają wybór. Ich zagraniczni właściciele dosłownie przekopują się przez dno największego kryzysu, jaki dotknął światową gospodarkę od kilkudziesięciu lat. Polska nigdy nie była i nie będzie dla nich priorytetem. A skoro ze swych nadwiślańskich oddziałów można coś jeszcze wycisnąć – należy to zrobić. Od lat mitem jest (wbrew temu co mówią lobbyści), że "banki zarabiają na kredytach". Znacznie więcej zarabiają na marżach i innych obowiązkowych opłatach. W sytuacji, gdy Rada Polityki Pieniężnej konsekwentnie tnie stopy procentowe, nikomu nie uśmiecha się szybko obniżać oprocentowania. Raczej jest to pretekst do podnoszenia stawek w tabelach opłat. Na to rada nie ma wpływu. Klient też nie, bo dziś widać najlepiej, czym jest konkurencja na rynku bankowym. Otóż jest ona niczym. Nie istnieje! Między bajki możemy włożyć historyjki o kredytobiorcach, którzy zlikwidowali rachunki i przenieśli się tam, gdzie jest taniej, sympatyczniej i traktuje się ich z godnością. Internet pełen jest wpisów wściekłych ludzi, którzy czują się poniżeni i oszukani w zetknięciem z arogancją, a często ordynarnym chamstwem pracowników banków komercyjnych. To nie przypadek! To metoda – zastraszyć, wymusić, obedrzeć ze skóry.

Na pierwszy ogień poszli ci, którzy zaciągnęli kredyty mieszkaniowe we frankach szwajcarskich. Nie dosyć, że muszą spłacać więcej niż się spodziewali (spektakularny spadek wartości złotego w relacji do dolara, franka i euro), to jeszcze żąda się od nich dodatkowych zabezpieczeń. Bo jeśli nie "to forsa na stół!

O przedsiębiorstwach, którym banki odmówiły kredytowania, nie ma co wspominać. Mimo szumnych zapowiedzi, że na razie nic się nie zmieniło, zmieniło się wszystko. Banki komercyjne wolą trzymać wolne środki na rachunkach w NBP niż je pożyczać. Procent może nie nadzwyczajny, ale zysk pewny. Rząd Donalda Tuska i bank centralny nie robią nic, by ukrócić ten proceder.

Konkurencja? Jaka konkurencja?

Pamiętam konferencję prasową prezesa Związku Banków Polskich Krzysztofa Pietraszkiewicza sprzed kilku tygodni, na której mówił on, że Bank Gospodarstwa Krajowego winien pełnić funkcję banku apeksowego – czyli takiego, który pożycza środki za pośrednictwem innych banków – ale, broń Boże, nie powinien prowadzić działalności detalicznej i gromadzić lokat indywidualnych klientów! Czegóż tak obawiał się ten reprezentant sektora? Konkurencji. Jedynej rzeczy, którą banki komercyjne szczerze nienawidzą.

Rząd może do woli apelować do prezesów, by łaskawie raczyli rozszerzyć akcję kredytową i rozruszać gospodarkę, lecz jest to działanie pozorne. Apele nic tu nie zmienią. Przeciwnie! Ośmielą bankierów do stawiania jeszcze bardziej bezczelnych żądań. Do podnoszenia opłat i marż. Skargi rozjuszonych klientów do UOKiK niewiele pewnie dadzą, choć urząd robi, co może.

Wmaju 2008 r. UOKiK opublikował raport z wyników kontroli umów stosowanych w przypadku kredytów hipotecznych. Zbadano 300 wzorców umów i okazało się, że WSZYSTKIE dziewiętnaście kontrolowanych banków stosowało niekorzystne dla kredytobiorców postanowienia. W tym gronie znalazł się też nasz narodowy bank – PKO BP.

Jeśli rząd Donalda Tuska chciałby rzeczywistej zmiany zachowań banków komercyjnych, winien wesprzeć inicjatywy, których celem byłoby rzeczywiste wzmocnienie tych instytucji finansowych, które mogłyby, nawet kosztem zmniejszonych zysków, zaproponować Polakom tańsze kredyty, wyższe oprocentowanie lokat i uprzejmych pracowników. Rzecz w tym, iż ten rząd nie jest do tego zdolny. I pomyśleć, że w XIX w. nasi przodkowie wiedzieli, co robić. Zakładali banki spółdzielcze, ziemskie, kasy Stefczyka i skutecznie rywalizowali z kapitałem obcym. Polacy w XXI w. nie mają takich zdolności.

Jeśli możesz – olej bank

Żadna instytucja finansowa nie jest więcej warta niż jej klienci. Można godzić się na łupienie przez pazernych bankierów i liczyć na to, że kiedyś się to zmieni. Ale można też, jeśli okoliczności na to pozwalają, podziękować za współpracę i przenieść rachunek do banku spółdzielczego, czy do SKOK-u. One praktycznie nie odczuły kryzysu. Przeciwnie. Jeśli rok 2008 był dla nich wyjątkowo dobry, to rok 2009 zapowiada się jako wybitny.

Gdyby w ciągu miesiąca dwadzieścia – trzydzieści tys. drobnych przedsiębiorców przeniosło swe rachunki do tych banków, prezesi banków komercyjnych bardzo szybko pośpieszyliby z redukcją marż i opłat, a ich pracownicy wręcz wciskali kredyty.

AGATA CIESZYŃSKA

źródło: "Trybuna"

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *