Nadchodzi wielki krach

"Banki spółdzielcze i SKOK-i, które nie mają takiego produktu jako opcje, ominęły skutki afery. Dziś wiadomo, że transfer własności banków był bardzo poważnym błędem, jego skala zbyt duża, a cena transferowa zbyt niska", napisał Leszek Misiak w "Gazecie Polskiej".

 

Wielomiliardowe straty na opcjach walutowych to tylko część międzynarodowych operacji spekulantów finansowych, które za kilka miesięcy mogą doprowadzić do wielkiego krachu gospodarczego w Polsce, na miarę tego, który spotkał w 2001 r. Argentynę – przewidują eksperci.

Ich zdaniem, już w marcu może zachwiać się koniunktura giełdowa, a za pół roku załamie się budżet państwa, drastycznie zwiększy się ujemny bilans obrotów handlowych z zagranicą. Zaleje nas fala bankructw i bezrobocia

Krach może zmieść ze sceny politycznej jej głównych aktorów i współsprawców, którzy zaklinali rzeczywistość, zamiast podejmować działania. Cena, jaką zapłaci za to społeczeństwo, będzie jednak ogromna.

Powstaje pytanie -jak to możliwe, że Komisja Nadzoru Finansowego, której ustawowymi zadaniami są ochrona rynku finansowego w Polsce, jego przejrzystości i bezpieczeństwa, nie dostrzegła w porę problemu opcji?

Choć już latem ub.r. były sygnały, że spekulanci drenują nasz rynek, a jesienią pisała o tym nawet prasa, KNF dopiero w końcu roku zaczęła żądać od banków raportowania transferu pieniędzy za granicę.

Wówczas większość gotówki już z Polski wywieziono. Jesienią ING Bank przyznał, że aż 8 mld zł ulokował w postaci lokat w holenderskim banku-matce. Do podobnych operacji przyznało się później Pekao SA.

Prof. dr hab. Jerzy Żyżyński, znany autorytet ekonomiczny, wyliczył, że w ten sposób wytransferowano łącznie 80 mld zł gotówki.

Czy w tym kontekście może dziwić, że banki nie kwapią się do kredytowania polskich firm?

Tymczasem w styczniu br. KNF wydała komunikat, że opcje nie zagrażają stabilności polskiego systemu finansowego.

W obliczu ostatnich, bezprecedensowych doniesień banku Goldman Sachs, który przyznał się do spekulacyjnego ataku na naszą walutę, oraz interpelacji posła PiS, Bogusława Kowalskiego, w której pyta o ewentualną rolę w tych działaniach Kazimierza Marcinkiewicza – doradcy inwestycyjnego Goldman Sachs na Europę Centralną i Wschodnią, rodzi się pytanie, czy KNF zaspała, czy też wpływ na takie zachowanie Komisji mógł mieć fakt znajomości jej szefa Stanisława Kluzy z Marcinkiewiczem, który problemu opcji nie dostrzegał.

Już na etapie tworzenia rządu przez Marcinkiewicza wiosną 2006 r. Kluza był wymieniany, jak pisał Money.pl, jako kandydat na ministra finansów. Ostatecznie został podsekretarzem stanu i wiceministrem finansów.

W kręgach finansowych od dawna wiadomo, że niektóre banki amerykańskie i europejskie prowadzą gry spekulacyjne, które mają na celu uzyskanie gigantycznych zysków, skutkujących osłabieniem gospodarczym krajów Europy Środkowo-Wschodniej, zwłaszcza Polski – mówi Ryszard Jach, bankowiec inwestycyjny z wieloletnią praktyką w bankach austriackich, holenderskich i polskich.

Podobna sytuacja miała miejsce na rynku włoskim. Tam banki Uni-Credito Italiano i JP Morgan doprowadziły wiele firm do upadłości.

Zdaniem ekspertów, kierunki wojny spekulacyjnej na walucie i opcjach są opracowywane w Londynie. W londyńskim oddziale banku Goldman Sachs doradcą inwestycyjnym jest Kazimierz Marcinkiewicz, natomiast dyrektorem inwestycyjnym w JP Morgan jest były prezes PZU i Banku Handlowego SA, Cezary Stypułkowski.

Szefem Pekao SA należącego do UniCredito Italiano jest inny były premier, Jan Krzysztof Bielecki. W Pekao SA doradcą był też obecny minister finansów rządu PO Jacek Rostowski, były wykładowca na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie, założonym i finansowanym przez Georgesa Sorosa.

Jak to możliwe, by mając Polaków o tak rozległych kontaktach i na tak newralgicznych stanowiskach w bankach, które uczestniczyły potem w drenażu polskiego systemu finansowego, nie mieliśmy w porę informacji, które umożliwiłyby nam obronę przed spekulantami?

W środowisku bankowym mówi się nawet pół żartem, że prawdziwym ministrem finansów rządu PO jest Jan Krzysztof Bielecki, a prawdziwym wicepremierem ds. gospodarki jest, uważany za człowieka Balcerowicza, Jerzy Pruski, prezes Zarządu PKO BP.

Na pewno odpowiedzialność za dopuszczenie do afery z opcjami ponosi Ministerstwo Finansów, którego służby (m.in. Komitet Stabilności Finansowej) i KNF musiały wiedzieć o dużych transferach pieniędzy. Wydaje się, że także służby specjalne zbyt długo nie dostrzegały problemu.

Spekulanci zamiast czołgów

Niebawem wybuchnie w Polsce podobna do opcji afera, na której polska gospodarka może ponieść kolejne miliardowe straty, podobnie jak na opcjach walutowych. Chodzi o tzw. CIRS-y (currency interest rate swap), czyli swapy walutowe.

CIRS-y oparte były głównie na japońskim jenie. Przedsiębiorcy ufając radom zaufanych banków, w których mają rachunki bieżące czy kredyty inwestycyjne, wierzyli, że zyskają na tej operacji. Teraz za to zaufanie zapłacą wysoką cenę.

Dodatkowym ciosem dla polskiej gospodarki mogą stać się euroobligacje, których wypuszczenie popiera znany finansista amerykański, Georges Soros, który w 1992 r. skutecznie zaatakował funta brytyjskiego, zarabiając około 1 mld dolarów.

Premier Tusk zapowiedział, że 1 marca na szczycie UE w Brukseli chce mówić o euroobligacjach, których wprowadzenie rozważają państwa posługujące się wspólną walutą.

– Jeśli euroobligacje zostaną wyemitowane, kraje takie jak Polska będą najprawdopodobniej miały ograniczone możliwości wprowadzenia na rynek własnych obligacji, tym samym nie moglibyśmy sfinansować swojego rosnącego zadłużenia, a to oznaczałoby bankructwo państwa polskiego- ocenia minister Sławomir Nowak.

W Europie i na świecie toczy się wojna, w której jako oręża nie zawsze używa się czołgów i rakiet. Na współczesnym polu walki często bardzo skuteczną bronią są spekulacje finansowe niszczące gospodarki innych krajów.

Nawet "Financial Times", który wcześniej gloryfikował politykę Leszka Balcerowicza, pisze obecnie, że Europie Środkowej grozi krach wskutek poważnych błędów, popełnionych w sektorze bankowym w tym regionie. Zdaniem tej gazety, UE powinna " przeznaczyć duże środki, by unormować tę sytuację.

Bez dodatkowych źródeł finansowania Polska nie będzie w stanie pokryć w tym roku swoich zobowiązań z tytułu pożyczek na rynku kapitałowym. Potrzebujemy minimum 155 mld zł, przy założeniu, że utrzyma się planowany deficyt budżetowy 18,5 mld zł. Ale, zdaniem ekspertów, z którymi rozmawiała "GP", jego utrzymanie na takim poziomie będzie niemożliwe – w czerwcu, po nowelizacji, prawdopodobnie zwiększy się on do około 58 mld zł.

– To będzie oznaczało konieczność zaciągnięcia nie 155 mld zł kredytu, lecz 200 lub nawet 220 mld zł. A pieniędzy na rynku kapitałowym w Europie i w świecie brakuje, bo niemal wszyscy pożyczają, by rolować stare długi (rolowanie to wcześniejsza spłata długu za pomocą nowej pożyczki). Nikt nam nie pożyczy na dogodnych warunkach, chyba że rentowność emitowanych przez Polskę papierów wartościowych – dwuletnich obligacji – wynosiłaby nie 6 proc, ale 10-11 proc. A to byłaby wręcz rujnująca finanse lichwa – mówi "GP" Janusz Szewczak, znany analityk gospodarczy.

Krok po kroku do Polski dociera widmo krachu. Jeśli na rynku europejskim w tym roku korporacje wypuszczą, jak planują, obligacje na 900 mld euro, to można założyć, że chętniej będą kupowane obligacje Dresdner Banku, Siemensa, Mercedesa czy Volkswagena, jako pewniejsza lokata. Podobnie z obligacjami państwowymi. Włosi, Duńczycy, Grecy czy Portugalczycy, którzy również mają problemy z kryzysem, też będą chcieli sprzedać swoje obligacje. My, jak przewidują eksperci, będziemy na szarym końcu.

Spekulanci znów zaatakują

– Jeśli nie podejmiemy szybkich działań antykryzysowych, będziemy na prostej drodze do bankructwa, jakie dotknęło Argentynę w 2001 r. -uważa Janusz Szewczak, który jako pierwszy przewidział nadejście kryzysu gospodarczego do Polski.

Nasi specjaliści od polityki finansowej zamiast wzmocnić koniunkturę, popyt, zwiększyć inwestycje, jak robi większość krajów, trzymają się recepty Balcerowicza, robiąc na odwrót – tną inwestycje, zmniejszają wynagrodzenia, które mogłyby, choćby doraźnie, napędzić popyt, a pompują pieniądze praktycznie wyłącznie do sektora bankowego – alarmują eksperci.

Ich zdaniem, jeśli nie otrzymamy z Europejskiego Banku Centralnego i z Międzynarodowego Funduszu Walutowego pożyczki stabilizacyjnej 10-20 mld euro, w Polsce, wcześniej czy później, może dojść do krachu gospodarczego i walutowego.

– Warto przypomnieć, że w październiku 2008 r. Węgry dostały 12,5 mld euro pożyczki z Międzynarodowego Funduszu Walutowego na interwencje w celu stabilizacji forinta, a mimo to nie udało się uchronić węgierskiej waluty przed dalszą deprecjacją – dodaje Ryszard Jach.

– Na przełomie maja i czerwca, po nowelizacji budżetu, prawdopodobnie okaże się, że brakuje pieniędzy dla emerytów, policji, wojska, sędziów, nauczycieli itd. Z kolei znaczące zwiększenie deficytu budżetowego spowoduje gwałtowne osłabienie waluty o 10, a nawet 20 proc. A wcześniej może dojść do załamania na giełdzie. 20 marca, w tzw. dzień trzech wiedźm, kiedy dochodzi do rozliczeń transakcji terminowych na Giełdzie Papierów Wartościowych, może się okazać, że gra na zniżkę kursów doprowadzi do pogłębienia bessy giełdowej
– mówi Janusz Szewczak. Dodaje:
– Nieuchronnie w perspektywie kilku miesięcy czeka nas też osłabienie waluty do jej realnej wartości- 5,5 do 6 zł za euro, a nie jej wzmocnienie.

Ale nawet to nie pomoże już, według specjalistów, eksportowi. Rząd, podwyższając w minionych latach wartość waluty, zamiast obniżać, doprowadził do zwiększenia deficytu w handlu zagranicznym w 2008 r. do 84 mld zł. W 2009 r. będzie o wiele gorzej.

– Wiele wskazuje, że afera z opcjami, połączona z uprzednio zaplanowanym atakiem na złotego, była częścią szerszego planu niektórych globalnych instytucji finansowych. Co gorsza, teraz megaspekulanci mają świadomość, że ich atak na rozchwianie polskiego rynku, mimo upublicznienia afery, się udał. Przy braku nadzoru nad rynkami finansowymi może to ich zachęcić w przyszłości do ponowienia ataku na jeszcze większą skalę. A pretekstów do nich, jak i schematów działań spekulacyjnych w światowych centrach finansowych, może być wiele – uważa Ryszard Jach.

Zachodnie instytucje finansowe wywierają na Polskę naciski. Niedawno wymusiły kolejne 9 mld zł.

– Szef NBP, Sławomir Skrzypek, uległ perswazji finansjery, zapowiadając, że Rada Polityki Pieniężnej zamierza zmniejszyć rezerwę obowiązkową banków na zagrożone kredyty z 3,5 proc. do 2 proc. Czyli de facto zagraniczne komercyjne banki w Polsce dostaną kolejny prezent w postaci 9 mld zł gotówki. A one, tak jak było z 9 mld z tytułu wykupu wcześniejszych obligacji, kupią za tę gotówkę bony pieniężne i złożą w NBP na lokatach 3,5 proc., a także nabędą waluty, mimo że są drogie, by je w razie powiększającego się kryzysu wy transferować. Z pewnością nie przeznaczą większości tej gotówki na kredyty, jak oczekuje NBP – uważają eksperci rynku finansowego.

Cwaniacy z zagranicznych banków i ludzie starej nomenklatury komunistycznej zbratani z liberałami z III RP od dawna zarabiają, spekulując na polskim rynku. W latach 1990-1991 doprowadzili do drenażu dolarów z Polski m.in. dzięki decyzji Balcerowicza, utrzymującej przez półtora roku kurs dolara do złotego na sztywnym, niezmienionym poziomie.

Jeśli ktoś z zagranicy wymienił milion dolarów na złotówki, które następnie włożył np. na 150 proc. rocznie do banku w Polsce, to przy stałym kursie wymiennym dolara do złotówki zyskiwał w ciągu roku 1,5 mln i mógł wywieźć z Polski 2,5 mln dolarów.

Nieprecyzyjne prawodawstwo, uchwalone przez Sejm kontraktowy, umożliwiło spekulacyjne działania w rodzaju tzw. oscylatora, który cwaniakom z Art-B umożliwił wy drenowanie kolejnych miliardów z polskiego systemu bankowego.

Po zniesieniu sztywnego kursu dolara proces drenażu trwał dalej, gdyż utrzymano istotę całego mechanizmu, tym razem w postaci aprecjacji złotówki (wzrost kursu waluty krajowej względem walut zagranicznych, powstały w wyniku przewagi popytu nad podażą) przy nadal drastycznie wysokich stopach procentowych. Umożliwiało to wyprowadzenie za pośrednictwem sytemu bankowego dużej części polskiego dochodu narodowego za granicę.

 Skok na banki

Około 80 proc. banków w Polsce kontroluje obcy kapitał. Taki poziom udziału kapitału zagranicznego w strukturze własnościowej rynku bankowego z krajów Europy Srodkowo-Wschodniej mają oprócz Polski tylko Węgry, Łotwa, Litwa, Estonia i Gruzja. W Bułgarii, Rumunii, Czechach znacznie mniej banków jest w obcych rękach. W Słowenii można było ustawowo kupić maksimum do 50 proc. kapitału bankowego. W Niemczech udział kapitału zagranicznego w bankach jest niewielki – około 30 proc, w USA-jeszcze mniejszy.

Systemem "nerwowym" państwa są finanse, sposób ekonomicznego przepływu środków finansowych. Te decyzje nie zapadają dziś w Warszawie.

– Te kraje, które sprzedały większość swojego sektora bankowego, dotknie najbardziej kryzys gospodarczy i walutowy. Już to widać – mówią eksperci. Kilka dni temu ustąpił rząd łotewski.
Tymczasem minister skarbu rządu PO, Aleksander Grad, zapowiada dalszą prywatyzację kolejnych polskich banków – PKO BP, Banku Ochrony Środowiska, Banku Gospodarki Żywnościowej.

Jedynymi bankami z polskim kapitałem w całości są Bank Ochrony Środowiska, Bank Pocztowy, Bank Gospodarstwa Krajowego, banki spółdzielcze i SKOK-i.

Znamienne, że banki spółdzielcze i SKOK-i, które nie mają takiego produktu jako opcje, ominęły skutki afery. Dziś wiadomo, że transfer własności banków był bardzo poważnym błędem, jego skala zbyt duża, a cena transferowa zbyt niska.

Zaczął się w czasie "okrągłego stołu".

W 1989 r. wicepremierem i ministrem finansów został Leszek Balcerowicz. Zaczął on wprowadzać w Polsce plan Sorosa-Sachsa, znany jako "plan Balcerowicza". W tym czasie szefową NBP i przewodniczącą KNB była Hanna Gronkiewicz-Waltz. Istotą planu Balcerowicza była przyspieszona prywatyzacja polskiego przemysłu i banków.

Na system bankowo-finansowy przeniosła się sieć powiązań WSI.

Brak lustracji skutkuje tym, że wielu byłych i obecnych wyższych urzędników banków, szefów i prezesów rad nadzorczych to byli tajni współpracownicy i pracownicy I Departamentu MSW, WSW i WSI.

W lutym 1989 r. z Narodowego Banku Polskiego wydzielono dziewięć banków: Bank Przemysłowo-Handlowy, Powszechny Bank Kredytowy, Bank Zachodni, Wielkopolski Bank Kredytowy, Bank Gdański, Powszechny Bank Gospodarczy w Łodzi (PBG), Bank Depozytowo-Kredytowy w Lublinie (BDK), Pomorski Bank Kredytowy w Szczecinie (PBKS) i Bank Śląski.

W 1991 r. nowe banki państwowe przekształcono w spółki akcyjne będące własnością skarbu państwa, wprowadzono je na giełdę i sprywatyzowano.

 

LESZEK MISIAK

źródło:  Gazeta Polska, str. 4/Kraj za www.zbp.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *