Wściekli na banki komercyjne.pl

"Rozjuszeni Polacy organizują się w internecie i ruszają na wojnę przeciw bankom podnoszącym raty kredytów walutowych. Czy mają szansę wygrać?", pyta "Newsweek Polska".

 

Zadłużeni po uszy zbuntowali się przeciw korporacjom finansowym i wierzą, że zjednoczeni w sieci pokonają potężnych wrogów.

Inicjatorzy tego pospolitego ruszenia liczą, że w walce pomogą im szykowane zmiany w prawie. 1 lipca wejdzie w- życie tzw. rekomendacja S2 Komisji Nadzoru Finansowego umożliwiająca spłatę kredytów w walucie, w jakiej zostały zaciągnięte. A Sejm wkrótce uchwali ustawę o pozwach zbiorowych, która pozwoli zwykłym ludziom skuteczniej walczyć z instytucjonalnym wrogiem.
Rzeczywiście, w ciągu kilku miesięcy banki stały się wrogiem publicznym.

Z najnowszych badań, które na zlecenie "Newsweeka" wykonał pod koniec lutego Mllward Browm SMG/KRC, wynika, że blisko połowa z nas źle ocenia działalność banków w Polsce. To dramatyczne dane, zwłaszcza że jeszcze w październiku 2008 roku 22 proc. Polaków było niezadowolonych z usług banków.

Przyczyn tej zmiany nie należy upatrywać w braku poczucia bezpieczeństwa, bo prawie 60 proc. ankietowanych przez SMG/KRC nadal uważa, że ich pieniądze w bankach są bezpieczne. Jednak krach na rynkach finansowych i osłabienie złotego sprawiły, że ponad milion Polaków, którzy mają zaciągnięte kredyty hipoteczne w walucie, dostało szału, obserwując, jak w ciągu trzech ostatnich miesięcy wysokość ich rat wzrosła średnio o 30 proc. Wielu mogło mieć pretensje tylko do siebie, bo takie podpisali z bankami umowy. Ale słusznie czy niesłusznie, spora część kredytobiorców poczuła się oszukana, ponieważ banki nagle zaczęły zdzierać z nich skórę, manipulując marżami i kursami walut.

Sprawą zainteresował się Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, kwestionując aż 11 klauzul zawrartych w umowach kredytowych stosowanych przez 19 polskich banków. Właśnie wysłał pozwy przeciwko BRE Bankowi i Millennium, zarzucając im m.in. stosowanie zbyt ogólnych zapisów uprawniających do zmiany opłat i prowizji, nieprecyzyjnych kryteriów zmiany oprocentowania kredytu czy niejasno określonych przesłanek do zażądania dodatków ego zabezpieczenia kredytu. Nic dziwnego, że Polacy są wściekli.pl.

Wojna wybuchła pod koniec stycznia 2009 r. Wtedy powstał serwis mstop.pl, założony przez zbuntowanych klientów mBanku. W pierwszym miesiącu działalności odwiedziło go 50 rys. użytkowników. Mniej więcej w tym samym czasie 1800 osób zarejestrowało się na forum nabiciwmbank.pl, z którym współpracuje mstop.pl. W ten sposób zorganizowali się klienci mBanku i MultiBanku (oba z grupy BRE), którzy kilka lat temu wzięli kredyty hipoteczne we frankach szwajcarskich i zgodzili się, by ich oprocentowanie ustalał arbitralnie zarząd banku. Dzisiaj płaczą, bo ich raty są windowane bez względu na rynkowy kurs franka i poziom stóp procentowych w Europie. Ten sam problem mają klienci banku Santander, którzy powołali do życia stronę nabiciw-santander.unl.pl. O rozkręceniu podobnej akcji zaczynają przebąkiwać klienci Raiffeisena, ale na razie dyskutują o tym na innych forach.

Tydzień temu powstały kolejne serwisy ofiaryopcji.mixxt.pl, czyli ruch niepokornych przedsiębiorców, i portal spred.pl, na którym można w największych polskich bankach monitorować różnice między ceną, po jakiej bank pozyskuje waluty, a kursem, po jakim sprzedaje go kredytobiorcom.

Największym hitem okazał się jednak serwis kupfranki.pl, czyli inicjatywa społeczna osób spłacających kredyty we frankach szwajcarskich. W niespełna miesiąc zarejestrowało się tam około 10 tys. użytkowników. Gdy 19 lutego "Wiadomości" TVP nadały krótki materiał poświęcony serwisowi, serwery, na których jest zawieszony, stanęły dęba, bo w ciągu kilkunastu minut w adres witryny kliknięto 5 milionów razy!

Przynajmniej takie statystyki z dumą podaje Rafał Łyczek, założyciel kupfranki. pl, na portalu ukrywający się pod nickiem Franek Kolasa. Dla wszystkich Polaków żyjących na kredyt stał się symbolem walki z bankowym wyzyskiem. Media, od "The Wall Street Journal" przez "The Washington Post" do polskich gazet, oszalały. Natychmiast okrzyknięto go internetowym Wałęsą, przywódcą "franciszkanów", jak zwykli nazywać się ludzie posiadający kredyty we frankach. Ale Rafał Łyczek mówi, że jest po prostu biznesmenem. Uśmiecha się przy tym, bo takie porównania wprawiają go w wyjątkowo dobry nastrój i utwierdzają w przekonaniu, że dobrze wyczuł moment odpalenia swojego serwisu.

Różnica między przedsięwzięciem Franka Kolasy a resztą zbuntowanych portali polega na tym, że on postanowił zrobić biznes na kontestowaniu działalności banków.

Łyczek, od siedmiu lat właściciel firmy Euconnect zajmującej się szkoleniami językowymi, wpadł na ten pomysł we wrześniu 2008 roku, gdy kurs franka zaczął ostro iść w górę, a on usłyszał o planach Komisji Nadzoru Finansowego wprowadzenia w życie tzw. rekomendacji S2, według której od 1 kwietnia bank będzie miał obowiązek informować klientów zaciągających kredyt w walutach o wysokości spreadu. Równocześnie spread dla kredytów będzie musiał być taki sam jak dla walut sprzedawanych w okienku (obecnie jest często tańsza niż dla kredytobiorców).

Od 1 lipca klienci wszystkich banków będą mogli sami decydować, czy korzystają jak dotychczas ze spreadu banku, czy kupują walutę np. w kantorach i sami spłacą nią raty.

Ten właśnie mechanizm chce wykorzystać Łyczek, który zanim S2 wejdzie w życie, postanowił zbudować bazę potencjalnych klientów – portal społecznościowy skupiający ludzi zainteresowanych kupnem franków po jak najniższej cenie.

Pomysł Łyczka budzi wątpliwości analityków finansowych. Według Mateusza Ostrowskiego, analityka z Open Finance, jeśli kilkadziesiąt tysięcy osób w całym kraju ruszy do kantorów po franki, to również spread w kantorach może się zwiększyć. – I cały pomysł oszczędzania spali na panewce – uważa Ostrowski.

Niezrażony Łyczek zapowiada drugą fazę projektu. Rozpocznie się w sierpniu i ma przybrać formę bliżej nieokreślonego serwisu transakcyjnego. Pomysłodawca nie chce ujawnić, co to ma być, raz przebąkuje coś o banku internetowym, innym razem o formie giełdy walutowej online. Dysponując odpowiednią masą krytyczną kredytobiorców, chce dyktować warunki bankom i zbijać ich spread do minimum. Na czym będzie zarabiał? Łyczek odpowiada, że stworzy nową rzeczywistość, popijając kawę w kafeterii warszawskiego hotelu Marriott. Nie żeby tam nocował.

Pewnie wyszedł z założenia, że trzeba się pokazywać w drogim hotelu. Tym bardziej że tuż po spotkaniu z "Newsweekiem" czeka go wywiad dla "The Washington Post".

Intencje Łyczka trudno ocenić, ale na pierwszy rzut oka przypomina kogoś, komu długo w życiu nic nie wychodziło, a teraz uważa, że trafił na żyłę złota. Być może dlatego jak ognia unika konkretów. Jak sam twierdzi – w obawie przed konkurencją i bankami, które wzięły go pod lupę i tylko czyhają, żeby się odkrył. Mówi, że jeśli ujawni cokolwiek więcej, nie będzie miał czego szukać nawet na giełdzie warzywnej w Broniszach.

Jednak fani Łyczka wierzą w każde słowo idola. Każdy malkontent na forum jest błyskawicznie pacyfikowany. Gdy niejaki Pit wyskoczył na forum z sugestią, że przedsięwzięcia Kolasy to podejrzana sprawa, od razu dokopał mu Hugo32: "Załóż portal www.nicsienieuda.pl. Tam będziesz wymieniał swoje spostrzeżenia z kolegami i koleżankami".

Fani ufają Frankowi Kolasie. Na razie jednak z działalności serwisu kupfranki.pl i innych antybankowych przedsięwzięć niewiele wynika. Ludzie mogą się tam tylko porządnie wyżalić, co niewątpliwie nieźle wpływa na ich psychikę, ale nie ma nic wspólnego z finansami. Chociaż twórcy tych stron twierdzą, że działają przede wszystkim po to, by się wspierać w nierównej walce z potężnymi bankami, to przecież mają jeden cel – płacić niższe raty kredytów, odzyskać utracone pieniądze. A póki co żadnemu z serwisów nie udało się tego osiągnąć.

W przypadku buntu klientów BRE Banku, których protest nabrał szczególnie dużej siły, jedynym skutkiem był uszczerbek na wizerunku instytucji finansowej. Ale czy coś przez to osiągnęli klienci? Nic, poza wątpliwą satysfakcją z wizyty w siedzibie banku. Tam usłyszeli, że nic nie da się zrobić, bo sytuacja na rynkach finansowych całego świata zmusza banki do podwyższania oprocentowania kredytów.

Paweł Kucharski, dyrektor BRE Banku ds. mBanku i marketingu bankowości detalicznej, twierdzi, że po spotkaniu emocje opadły i klienci się uspokoili. – Po zderzeniu z rzeczywistością, obecnym łatwiej było zrozumieć nasze stanowisko – komentuje Kucharski i twierdzi, że jest za wcześnie, by ocenić, jaki wpływ na wizerunek mBanku może mieć ta akcja klientów.

Jednak według Jakuba, twórcy portalu mstop.pl, nie ma on tylko funkcji terapeutycznych. Zbuntowani klienci BRE Banku składają indywidualne reklamacje i oczekują na wyrok Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, do którego sprawę o uznanie niektórych klauzul za naruszające prawa konsumenta kieruje właśnie UOKiK. Jednocześnie przygotowują się do przełomu, jaki może przynieść ustawa o pozwach zbiorowych.

Jej projekt niebawem powinien trafić do Sejmu. Dzięki tej ustawie poszkodowani będą mogli łączyć się w grupy i wspólnie występować na drogę sądową. Pozew zbiorowy będzie mogło złożyć minimum 10 osób i taką grupę w sądzie będzie reprezentowała jedna osoba – zawodowy prawnik lub kancelaria – w jednym procesie. Wzorem systemu funkcjonującego
w USA również u nas będzie się można umówić z prawnikiem na procent od zasądzonej kwoty.

Stany Zjednoczone są ojczyzną pozwów zbiorowych. Ostatni głośny przypadek zastosowania za Atlantykiem tego mechanizmu to wystąpienie klientów bankowości prywatnej grupy Santander, którzy stracili 2,33 mld euro w piramidzie finansowej Bernarda Madoffa. Santander zaproponował im w ramach odszkodowania uprzywilejowane papiery wartościowe o łącznej wrartości 1,3 mld euro. Wielu klientów odrzuciło tę propozycję, domagając się wypłat pełnych kwot w gotówce, i złożyło pozew zbiorowy w sądzie w Miami w USA. Nie wiadomo, czy wygrają, ale historia sądownictwa w Ameryce przynosi tysiące przykładów skutecznego wykorzystania instytucji pozwu zbiorowego.

Na razie jednak ofiary w Polsce – czy to "franciszkanie", czy to firmy umoczone w opcjach, które walczą o odszkodowania lub zwrot utraconych pieniędzy – same muszą składać pozwy do sądu i tam mozolnie udowadniać swoje racje. A w przyszłości zmierzyć się ze sztabem dobrze przygotowanych prawników.

Od kilku lat przekonują się o tym ofiary Warszawskiej Grupy Inwestycyjnej, które po stratach szacowanych na ok. 320 mln zł zorganizowały się w Stowarzyszeniu WGI Wierzyciele, mają własny serwis internetowy i wynajętych prawników.

Podobnie zresztą jak poszkodowani w aferze Interbrok Investment – ci działają w ramach trzech różnych stowarzyszeń, ale mają jeden portal internetowy i wspólny cel: odzyskać 150 mln złotych utopione w Interbroku.

Działania obu grup nie przynoszą efektów, podobnie jak działanie serwisów antybankowych. Problem w tym, że najczęściej klienci banków sami są sobie winni. Podpisujemy niekorzystne dla siebie umowy, wcale ich nie czytając i sami pakujemy się w paszczę banków.

WOJCIECH SURMACZ

źródło: "Newsweek Polska" za www.zbp.pl

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *