Dobrowolność ubezpieczeń społecznych

Trzeba wprowadzić dobrowolność ubezpieczeń społecznych: emerytalnych, rentowych, chorobowych i zdrowotnych w ZUS i KRUS oraz znieść obowiązek rozliczania i płacenia podatków i składek na ubezpieczenia społeczne przez pracodawców. Pracodawcy powinni wypłacać wynagrodzenie brutto, a podatki i składki – liczyć i płacić pracobiorcy.

Do wniosku, że trzeba wprowadzić dobrowolność ubezpieczeń społecznych, doszedłem w czasie dyskusji z Jarosławem Zielińskim na Facebooku 15 kwietnia 2011 r. Wcześniej postulowałem tylko mały wybór w ubezpieczeniach emerytalnych: ZUS czy OFE i ZUS. Dyskusja z Zielińskim uzmysłowiła mi, że warto, by wszystkie ubezpieczenia społeczne były dobrowolne. Zieliński napisał, że gdyby milion osób wystąpił z ZUS, to ta instytucja zbankrutowałaby, bo nie ma żadnych aktywów. Odpowiedziałem mu, że to nieprawda, że ZUS poradziłby sobie z tym, bo ma wielkie aktywa: potęgę podatników i ubezpieczonych, którzy mają obowiązek sfinansować zobowiązania ZUS. To dzięki tej dyskusji z Zielińskim mogłem na Kongresie Nowej Prawicy 16 kwietnia 2011 r. w Sali Kongresowej w Warszawie z przekonaniem powiedzieć, że trzeba: wprowadzić dobrowolność ubezpieczeń społecznych – emerytalnych, rentowych, chorobowych i zdrowotnych, znieść obowiązek rozliczania i płacenia podatków i składek na ubezpieczenia społeczne przez pracodawców, pracodawcy powinni wypłacać wynagrodzenie brutto, a podatki i składki – liczyć i płacić pracobiorcy.
„Trzeba wprowadzić dobrowolność wszystkich ubezpieczeń społecznych, w tym KRUS”, powiedziałem. I dwa tysiące osób, głównie młodych, biło mi brawo. „Jestem synem rolnika. Mój ojciec, gdy wprowadzano obowiązkowy KRUS, pytał: »Skoro KRUS jest taki dobry, to dlaczego jest obowiązkowy?«”, dodałem. I znowu brawa. Zaczęli gwizdać, gdy powiedziałem, że trzeba w Polsce bronić demokracji. Oj, nie lubią naszych polityków. „Demokracja nie jest do dupy”, krzyknąłem więc, waląc ręką w pulpit. A oni gwizdali jeszcze mocniej. Dziś, m.in. po doświadczeniach z małą wiatą, o której budowie trzeba powiadomić powiatowy Inspektorat Nadzoru Budowlanego, rozumiem jednak ich ból. To w demokracji wprowadzono obowiązek ubezpieczeń społecznych i dyktat urzędników.

Niech ZUS i KRUS konkurują

Poseł Jan Filip Libicki proponuje podzielenie ZUS i sprywatyzowanie w częściach, jak to wcześniej zrobiliśmy z bankami. Uważam, że to złe rozwiązanie. Lepiej wprowadzić dobrowolność wszystkich ubezpieczeń, pozostawić ZUS i KRUS w państwowych rękach oraz pozwolić firmom ubezpieczeniowym zaproponować pracobiorcom, rolnikom i przedsiębiorcom ubezpieczenia emerytalne, rentowe, zdrowotne, chorobowe. Towarzystwa ubezpieczeniowe, takie jak: PZU, Warta, Aviva, Allianz, ING czy Generali, z chęcią wejdą w ten biznes. Niech ZUS i KRUS konkurują z nimi.
Kto będzie chciał, będzie korzystał z usług ZUS, ktoś inny z KRUS, a niektórzy wybiorą ubezpieczenia w prywatnych firmach. Część założy towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych. A część w ogóle nie będzie korzystała z ubezpieczeń emerytalnych, rentowych, chorobowych i zdrowotnych, godząc się na to, że nie będzie miała emerytur z ubezpieczalni, w przypadku ciężkiego wypadku – renty, lekkiej choroby – dochodów, a za usługi lekarzy i szpitali zapłaci z własnej kieszeni.
Trudno mi oszacować, ile byłoby takich osób. Nasza spółka ULAN we wrześniu 2011 r. zleci badanie opinii publicznej w sprawie dobrowolności ubezpieczeń społecznych na reprezentatywnej grupie Polaków.
Wyniki takich badań potrzebne są nam do oszacowania kosztów budżetowych takich zmian. Istotne jest tu, ile osób zdecydowałoby się opuścić ZUS i KRUS. Rozmawiałem o tym z dr. hab. Krzysztofem Rybińskim na Kongresie Nowej Prawicy. Poprosił, bym przysłał symulację takich zmian. Jego zdaniem, by załatać dziurę w budżecie po wprowadzeniu dobrowolności ubezpieczeń społecznych, trzeba byłoby podwyższyć VAT do 40 proc. Wydaje mi się, że się myli, że potrzebna byłaby mniejsza podwyżka podatków. Do symulacji potrzebne mi są jednak założenia, ile osób opuściłoby ZUS i KRUS, gdyby stały się dobrowolne.

Liczy się tylko papierek

Ja jakieś ubezpieczenie wykupiłbym, ale w niskiej cenie z rozsądnym zakresem ubezpieczenia. Od 1998 r. jestem ubezpieczony w KRUS jako rolnik (mam 20 ha ziemi na Pomorzu) i członek zarządu spółki prawa handlowego z powołania bez obowiązku ubezpieczania w ZUS (mam papier na to zwolnienie z obowiązku ubezpieczania w ZUS – opinię prawną z ZUS w Wołominie). W KRUS płacę niskie składki, ale w zamian mam niskie świadczenia. W sierpniu 2008 r. złamałem nogę we wsie Łebień. Gdybym był ubezpieczony w ZUS, otrzymywałbym 80 proc. wynagrodzenia, a z KRUS dostawałem 300 zł miesięcznie, czyli śmieszne pieniądze. Początkowo nawet po te pieniądze nie zgłosiłem się, bo byłem zajęty pilniejszymi sprawami. Nie wiedziałem, że i w KRUS trzeba przedstawić jakiś druczek od lekarza. Wydawało mi się, że dokumentacja, że mam złamaną nogę, wystarczy. Okazało się, że nie w wystarczy. Nawet Sąd Pracy w Warszawie odrzucił moje zażalenia na decyzję KRUS o odmowie wypłat świadczenia za okres, za który nie miałem zwolnienia od lekarza. Władze naszego państwa nie przewidziały w ustawie możliwości uznania przez KRUS stanu faktycznego – złamanej nogi. Tylko jakiś świstek podpisany przez lekarza uprawnia do uzyskania świadczenia. Zdjęcie rentgenowskiej złamanej nogi i dokumentacja medyczna to za mało. Musi być papierek. KRUS odmówił mi wypłat świadczenia za sierpień, wrzesień, październik i listopad 2008 r. Może i słusznie. Bo mimo tej złamanej nogi pracowałem. Prowadziłem kilka konferencji. Chodziłem na nich o kulach. Pamiętam, jak skakałem na jednej nodze na II Ogólnopolskiej Konferencji Gepardów Biznesu 1 października 2008 r. w Warszawie. Krzysztof Matela, prezes EGB Investment z Bydgoszczy, zapytał mnie wtedy, gdzie złamałem nogą. Gdy odpowiedziałem, że spadłem z drabiny, gdy przybijałem deskę do ściany stodoły, był zaskoczony. Według jego wyobrażenia nogę można złamać tylko na nartach. Życia nie zna. Gdybym był ubezpieczony w ZUS, nie ruszyłbym się z domu ze złamaną noga, bo zaraz by mi świadczenie odebrali. Chodzą przecież specjaliści z ZUS po domach i sprawdzają, czy osoby przebywające na zwolnieniach lekarskich leczą się czy pracują na czarno. KRUS opłacam głównie ze strachu przed wysokim kosztami leczenia szpitalnego. Do emerytury może nie dożyję, zwłaszcza że gdy przyjdzie na mnie czas, na emeryturę będzie można przejść dopiero w wieku 80 lat. Przy moim intensywnym trybie życia nie oczekuję tak sędziwego wieku. A niskiej renty z KRUS nie obawiam się, bo mam niskie wymagania, potrafię zarabiać pieniądze nawet ze złamaną nogą, a i zgromadziłem trochę majątku na sprzedaż.

Bismarck się pomylił

 W Salonie 24 jeden z anonimowych dyskutantów (Lupin) 11 maja 2011 r. wyciął z mojego teksu o dobrowolnych ubezpieczeniach społecznych następujące zdania: „Przez wieki chłopi nie byli obowiązkowo ubezpieczeni. Nie mieli emerytur. Na starość utrzymywała ich dzieci” i napisał: „Dodajmy, że przez wieki również nie było ubezpieczeń zdrowotnych ani publicznej służby zdrowia. Jak Pan sądzi, dlaczego w ciągu ostatnich niewiele więcej niż stu lat niemal wszędzie na świecie to się zmieniło? Może dlatego, że zmieniła się ludzka wrażliwość i współczesne społeczeństwo nie godzi się na to, by pewna – choćby niezbyt niewielka – część obywateli na starość chodziła po prośbie i mieszkała pod mostem albo umierała z powodu braku środków na lekarza? Tak bywało aż nazbyt często w błogosławionych czasach, w których teoretycznie starców utrzymywały rodziny”.
Odpowiedziałem mu tak: Zmieniło się, bo przywódcy Zachodu się pomylili. Nie pomyśleli, jakie skutki przyniosą ich propozycje za 30, 50 czy 100 lat. Zaczęli Niemcy za czasów kanclerza Otto Bismarcka (lata 70. i 80. XIX wieku) w czasie dynamicznego rozwoju przemysłu i wzrostu znaczenia klasy robotniczej, wprowadzając dla nich ubezpieczenia chorobowe, zdrowotne, rentowe i emerytalne. Ludzie żyli wtedy krótko, leczenie było proste, mało kosztowne, więc niskie składki wystarczały.
Dziś ludzie żyją dłużej. Więcej czasu pobierają emerytury. Leczenie jest horrendalnie drogie i z każdym rokiem droższe, najwięcej kosztuje w ostatnim miesiącu życia umierającego pacjenta, gdy jego życie jest sztucznie podtrzymywane.
Jakie są rozwiązania tych problemów? W przypadku emerytur sprawa jest prosta. Każdy sam zabiega o zapewnienie sobie środków utrzymania na starość. Jeżeli sam sobie nie zapewni, a nie ma dzieci, państwo da mu niewielki zasiłek socjalny, podkreślam – zasiłek socjalny, by mógł w miarę godnie żyć. Nie otrzyma jednak takiego zasiłku osoba, która będzie miała np. duże mieszkanie w centrum Warszawy, może je bowiem sprzedać i utrzymywać się z tego, wynajmując mniejsze w małym mieście lub na wsi.

Dylematy kosztów leczenia

Trudniejsza jest sprawa kosztów leczenia. Jeżeli wprowadzimy zupełną komercję, ubezpieczenia zdrowotne będą drogie, wielu osób nie będzie na nie stać. Problemem jest ustalenie minimalnego koszyka ochrony szpitalnej dla wszystkich obywateli, utrzymywanego z podatków. Czy społeczność powinna finansować skomplikowane operacje w przypadku rzadkich chorób, których koszty idą w miliony złotych? Na to pytanie najtrudniej odpowiedzieć. Pomogłoby w tym dobrowolne ubezpieczenie od takich przypadków. Ludzie sami decydowaliby, czy wykupić takie ubezpieczenie, czy narażać się na wcześniejszą śmierć w przypadku braku takiego ubezpieczenia.
Dajmy ludziom wybór. To będzie tańsze dla naszego społeczeństwa. Gdy ubezpieczenia zdrowotne będą dobrowolne, pozwolimy rozstrzygać trudne dylematy na poziomie rodziny, uwolnimy od tego państwo, którego urzędnicy nie potrafią zachować rozsądku i lekką ręką wydają pieniądze podatników.
Gdybym wiedział, że moje leczenie będzie kosztowało milion złotych, co zrujnuje moją rodzinę, wciągnie ją w długi, a ja przeżyję tylko rok dłużej, zrezygnowałbym z leczenia. Tak myśli dorosły odpowiedzialny człowiek.
Prywatne szpitale żerują na ostatnim miesiącu życia, bo wyrywają wtedy od firm ubezpieczeniowych największe pieniądze za podtrzymywanie tego życia, ponieważ zabiegi z tym związane są bardzo kosztowne. Tu pojawia się wielki moralny problem. Czy dla ciężko chorego człowieka ma znaczenie, czy będzie żył miesiąc dłużej, czy nie ma znaczenia? Czy chce, by go podtrzymywano sztucznie przy życiu?
Piękny przykład dał nam Jan Paweł II, który poprosił o odłączenie go od tej szatańskiej aparatury podtrzymującej funkcje życiowe człowieka, który według praw natury i boskich jest trupem.

Marsjanie nam tego nie sfinansują

Dajmy ludziom wybór i uczmy ich już od szkoły podstawowej odpowiedzialności, co to są ubezpieczenia chorobowe, zdrowotne, rentowe, emerytalne, od utraty pracy, co to są podatki, jak działa państwo. Bo taka zmiana wymaga zmiany mentalności ludzi. Zmiany nastawienia dziennikarzy. By za każdym razem nie stawali po stronie osób nieodpowiedzialnych.
Bo rację miał nasz premier Włodzimierze Cimoszewicz, gdy powiedział w 1997 r. powodzianom domagającym się pomocy od podatników (bo państwo to my, podatnicy): „Trzeba było się ubezpieczyć”.
W czasie ostatniej powodzi rząd Donalda Tuska lekką ręką wydawał pieniądze dla poszkodowanych, by nie stracić poparcia społecznego. A przecież nasz kraj zadłużony jest po uszy.
Nasze pieniądze z podatków politycy wydają jednak lekką ręką. Tak jak lekką ręką wydają pieniądze ubezpieczonych na utrzymanie powszechnych towarzystw emerytalnych, które zdarły już z ubezpieczonych ponad 15 mld zł.
Jeszcze większe marnotrawstwo jest w służbie zdrowia. Słabo znam ten problem. Zetknąłem się z nim od strony firmy, która zarabia kokosy na windykacji długów szpitali. Jeden z jej szefów powiedział mi kilka lat temu, że jego spółka, w którą właśnie zainwestował fundusz venture capital, zawsze będzie zarabiała duże pieniądze, ponieważ nikt nie odważy się na zmiany w szpitalnictwie, np. wyrzucanie z pracy nieodpowiedzialnych dyrektorów szpitali, którzy na kredyt kupiecki wzięli sprzęt ratujący życie ludzi. Bo przecież lokalne społeczności będą broniły tak dobrych dyrektorów szpitali.
W rezultacie wszystko rozchodzi się w szwach i naszemu państwu grozi bankructwo. Bo wszyscy politycy obiecują wyborcom, że państwo da i na szpitale, i na drogi, i na emerytury, i na stadiony. Żaden nie pyta wyborców, skąd na to wszystko wziąć. A wyborcom wydaje się, że to wszystko Marsjanie nam sfinansują.
Ja i moja żona się ubezpieczamy. Oboje mamy ubezpieczenia emerytalne, rentowe, chorobowe i zdrowotne, ubezpieczone są nasze domy, samochody i ciągnik.
Żona dodatkowo wykupiła dla siebie i dwóch synów ubezpieczenie zdrowotne w Medicoverze. Ja też tam byłem ubezpieczony, gdy finansował to bank, w którym żona pracuje. Ale zrezygnowałem, gdy trzeba było z własnej kieszeni płacić po 60 zł miesięcznie. Nie chcę ponosić tych kosztów i nie chcę korzystać z Medicovera i jeździć do Warszawy, bo wystarczy mi to, co oferuje państwowa służba zdrowia w Markach. Szkoda mi tych 720 zł rocznie. Jestem oszczędnym człowiekiem. Zwykle wybieram najtańsze ubezpieczenia. Żona chce mieć lepszą i szybszą opiekę zdrowotną dla siebie i dzieci, więc płaci. Jej wybór, choć nasze wspólne pieniądze, bo mamy ustawową wspólnotę majątkową. Ale nie protestuję, bo przychodnie Medicovera pracują w soboty i niedziele, co w przypadku młodszego syna się przydaje.
Moim zdaniem, trzeba jak najszybciej wprowadzić dobrowolność ubezpieczeń społecznych. To będzie uczyło ludzi odpowiedzialności. Wszystkich ludzi.
Będzie korzystne też dla państwa, zdejmie bowiem z niego ciężary i dylematy związane z finansowaniem emerytur, rent i szpitalnictwa.
Trzeba nam więcej wolności, więcej niż wywalczyli Margaret Thatcher i Ronald Reagan, bo inaczej nie wytrzymamy konkurencji z Chińczykami, Hindusami i innymi Azjatami, Afrykańczykami i Latynosami.
Narzucenie im rozwiązań, jakie pętają nas, ograniczają naszą wolność, nie jest dobrym rozwiązaniem.

 

Jerzy Krajewski

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *