Czy bankowość to spekulacje i hazard?

"Powinniśmy docenić naszą bankowość spółdzielczą. BS-y są w całości polską własnością. Zajmują się tym, co nam jest naprawdę potrzebne. Przyjmują depozyty od ludności, udzielają kredytów, prowadzą rachunki, czyli obsługują naszą gospodarkę. Lokalny rozwój jest dla nich najważniejszy, bo od niego zależy także ich los. Dzisiaj to oni uosabiają prawdziwą bankowość, godną zaufania i współpracy', napisał Bogusław Kowalski, poseł PiS, w tygodniku "Niedziela".

W swojej „Sumie teologicznej” św. Tomasz z Akwinu napisał: „Pobieranie lichwiarskiego procentu od pieniądza jest samo przez się niesprawiedliwe, ponieważ oznacza to sprzedaż czegoś, co nie istnieje, a to oczywiście wprowadza nierówność sprzeczną ze sprawiedliwością”.

Było to prawie 750 lat temu. W tym czasie zmieniły się poglądy na gospodarowanie pieniędzmi. Kapitał jest traktowany jak każdy towar. Korzystanie z niego kosztuje, a opłaty pobiera się w formie procentu. Gospodarka znacząco się rozwinęła i trudno ją sobie wyobrazić bez obrotów finansowych. Kościół też zweryfikował swoje podejście do tych spraw, ale nie przestał się przyglądać uważnie sferom finansowym, przypuszczając, że względy etyczne są tam często łamane. I jak dalej się przekonamy, nie mylił się!

Bankowość – to brzmiało dumnie

Od czasów św. Tomasza z Akwinu bankowość rozwinęła się dynamicznie. Współcześnie usługi świadczone przez banki to nie tylko przyjmowanie depozytów i udzielanie kredytów czy prowadzenie rachunków rozliczeniowych, ale też wydawanie kart kredytowych, sprzedawanie akcji, obligacji, jednostek funduszy inwestycyjnych, opcji walutowych, prowadzenie transakcji na rynkach walutowych itd.

To wszystko nazywa się ładnie produktami bankowymi. Tak jakby one realnie istniały, jak istnieje każdy inny produkt.

Przez kolejne stulecia bankowość żmudnie budowała swój wizerunek. W burzliwym świecie wydawało się, że banki są oazą uczciwości, stateczności, rozwagi, minimalizowania ryzyka, rzetelności i dokładności. Ten wizerunek miał tworzyć zaufanie, bez którego prowadzenie działalności finansowej nie jest możliwe. Te cechy demonstrowane były nawet strojem pracowników – eleganckim, stonowanym, budzącym zaufanie.

Ten wizerunek, z takim mozołem budowany przez wiele lat, prysł jak bańka mydlana w ciągu kilku miesięcy światowego kryzysu. Nagle zza obrazu bezpiecznego banku wyłoniła się twarz chciwego spekulanta i hazardzisty, który dla osiągnięcia jeszcze większego zysku łamie wszelkie zasady uczciwości i przyzwoitości.

 Najpierw obnażyły prawdę o sobie banki i fundusze inwestycyjne. Nie zajmowały się one przyjmowaniem depozytów i udzielaniem kredytów zwykłym ludziom. Dla nich to zbyt uciążliwe i mało zyskowne. Oni zajmowali się wielkimi operacjami – jak się okazało, niemającymi wiele wspólnego z racjonalnością.

Pierwszy upadł właśnie taki duży bank amerykański Lehman Brothers, a fundusz inwestycyjny tylko dla bogatych, prowadzony przez Bernarda Madoffa z Nowego Jorku, miał oszukać w ciągu kilku lat swoich klientów na ok. 50 mld dolarów.

W ślad za nimi poszły banki udzielające kredytów hipotecznych. Okazało się, że w pogoni za swoimi procentami i prowizjami zatraciły zdrowy rozsądek, udzielając kredytów nawet tym, którzy w sposób oczywisty nie byli w stanie ich spłacać.

Opcje walutowe, czyli hazard

W Polsce jak dotąd uniknęliśmy takich widowiskowych zdarzeń, co pozwala ministrowi finansów chwalić się, że nie mieliśmy u siebie kryzysu finansowego.

Ale to nie oznacza, że instytucje finansowe nie straciły prestiżu i wiarygodności.

Okazało się bowiem, że powszechną praktyką w ostatnich latach ze strony banków było sprzedawanie polskim firmom – i dużym, i małym – tzw. opcji walutowych.

W wielkim skrócie były to umowy dwustronne na kupno i sprzedaż określonej waluty obcej, najczęściej euro, w czasie przyszłym po ustalonym wcześniej kursie. Jeśli jakaś firma np. sprzedawała część swojej produkcji do Niemiec i otrzymywała za to euro, to umawiała się ze swoim bankiem, że np. za pół roku sprzeda mu 500 tys. euro po kursie 3,5 zł, czyli kupiła od banku opcję walutową.

Umowy takie miały chronić przedsiębiorstwa eksportujące swoje towary za granicę przed umacniającą się złotówką. Pamiętamy, że jeszcze latem ubiegłego roku nasza waluta była bardzo silna i można było za nią kupić tanio dolary, euro i franki szwajcarskie.

Ale w ciągu pół roku złotówka zamiast się umacniać zaczęła gwałtownie spadać. A wykupione opcje walutowe obowiązują. Firma z naszego przykładu musi więc sprzedać bankowi swoje ciężko zarobione 500 tys. euro po 3,5 zł, a nie po obecnym kursie, np. 4,7 zł.

Ponosi więc realną stratę, a bank zarabia duże pieniądze. Najbardziej cierpią na tym ci, którzy sprowadzają surowce lub podzespoły do swojej produkcji z zagranicy i muszą za nie płacić w euro. Może więc dochodzić do takiej sytuacji, że za materiały do produkcji muszą zapłacić więcej, niż otrzymają za gotowy wyrób.

Szacuje się, że niekorzystne dla siebie opcje walutowe zawarło ok. 10 tys. polskich przedsiębiorstw, a straty z tego tytułu wyniosą ok. 30 mld zł. O taką kwotę wzbogacą się banki, a zubożeje polska gospodarka.

Są już pierwsze ofiary tych operacji. Huta Szkła w Krośnie na opcjach walutowych straciła ok. 200 mln zł – jest bankrutem, a pracę straci ponad 2 000 ludzi.

Większość małych zakładów zagrożona jest upadkiem, a ich właściciele mogą stracić dorobek całego życia.

Jedna z gazet codziennych opublikowała obszerne wypowiedzi właścicieli firm, które kupiły opcje walutowe. Wynika z nich, że przedstawiciele banków namawiali ich do tego, tłumacząc, że będzie to dla nich bardzo korzystne.

Opcje walutowe nie różnią się niczym od tego, co robi się w kasynach. Przewidzenie tego, jaki będzie kurs waluty za pół roku, jest tak samo możliwe jak wytypowanie liczby, jaka wypadnie w ruletce. Z tą różnicą, że wszyscy, którzy siadają do ruletki, mają taką samą wiedzę i takie same szanse wygranej. Przy opcjach walutowych istnieje uzasadnione podejrzenie, że banki nie informowały dostatecznie swoich klientów o ryzyku, jakie podejmują, i przede wszystkim miały większą wiedzę o tym, co w finansach się dzieje, jakie są tendencje i co może się z kursem walut zdarzyć. A są też podstawy, aby sądzić, że część tych banków, które sprzedały opcje walutowe, brały udział w akcji spekulacyjnego obniżenia kursu złotówki.

Osłabianie złotego, czyli spekulacja

Spadek wartości złotówki eksperci najpierw zgodnie tłumaczyli odpływem kapitału zagranicznego, który wobec kryzysu wycofuje się z inwestycji w niepewnym regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

Później jednak zaczęli przyznawać, że są to działania spekulacyjne, celowo dążące do osłabienia naszej waluty. Ale nie wyjaśniają opinii publicznej, kim są ci spekulanci. Otóż są to albo same banki, albo utworzone przez nie lub przez właścicieli banków specjalne fundusze do gry na rynku walutowym. Ponieważ nasz rynek nie jest duży, podobno wystarczy kilkaset albo nawet kilkadziesiąt milionów złotych, aby poważnie wpłynąć na kurs złotówki w stosunku do euro. Takie kwoty dla kilku umówionych dużych banków zagranicznych nie stanowią żadnego problemu.

Istnieje więc uzasadnione podejrzenie, że duże banki zagraniczne, które swego czasu kupiły nasze banki i uczyniły z nich swoje oddziały, mając poważne kłopoty finansowe w swoich rodzimych krajach i mając sprzedane polskim firmom opcje walutowe, podjęły akcję obniżenia kursu złotówki i zarobienia dużych pieniędzy na opcjach. W ten sposób starają się naprawić swoje problemy, wypompowując z polskiej gospodarki kilkadziesiąt miliardów złotych.

Euro lekiem na całe zło?

Rząd i zwolennicy przyjęcia euro w Polsce wykorzystują tę sytuację do propagandy na rzecz pilnego przyjęcia europejskiej waluty. Twierdzą, że gdybyśmy zrobili tak jak Słowacja, to dzisiaj nie byłoby problemów ze słabnącą złotówką. W ten sposób próbują zrzucić winę na poprzedników i odwrócić uwagę od swojej roli w tym wszystkim.

A rząd Donalda Tuska ponosi odpowiedzialność za ułatwienie spekulacji na złotówce. Po pierwsze dlatego, że w ubiegłym roku nie uruchomił wystarczającej liczby projektów inwestycyjnych i nie uzyskał 20 mld zł zaplanowanych do budżetu wpływów z UE. Gdyby te pieniądze, które przychodzą w euro, weszły do gospodarki, na pewno wzmocniłoby to naszą walutę. Po drugie zaś okazało się, że rząd otrzymał z UE ok. 5 mld euro zaliczki na różne programy i trzyma tę kwotę na koncie w Narodowym Banku Polskim. Wystarczyło, że część tej kwoty wymieniono na złotówki i od razu powstrzymano spadek naszej waluty. Pytanie – dlaczego nie zrobiono tego wcześniej, skoro były takie możliwości. Czy dlatego, że nie można by było uprawiać agitacji na rzecz wprowadzenia euro? A może przy okazji ktoś jeszcze na tym zyskał?

Według doniesień medialnych, jednym z banków, który spekulował na osłabieniu złotego, był Goldman Sachs, w którym pracuje były premier Kazimierz Marcinkiewicz. Czy jego bliskie kontakty z obecną ekipą rządową miały jakiś wpływ na przebieg tego procesu? Czy sprawdzą to odpowiednie służby?

Tymczasem z wprowadzeniem waluty europejskiej nie należy się spieszyć. Najpierw spokojnie poobserwujmy, jak na tym wyjdzie Słowacja. Nasi południowi sąsiedzi, podejmując ryzyko szybkiego wejścia do strefy euro, zafundowali nam eksperyment, którego skutki możemy analizować i uczyć się na cudzych błędach. Jeśli po pewnym czasie okaże się, że korzyści przeważają nad stratami, można to rozważyć.

Ale po prawie dwóch miesiącach na Słowacji słabną okrzyki radości. Ponieważ za południową granicą zrobiło się dla nas drożej, Polacy przestali tam jeździć na zakupy i w celach turystycznych, a dotąd robili to na dużą skalę. Natomiast Słowacy masowo zaopatrują się w polskich sklepach. Wiadomo już, że stracił dużo ich handel, a turystyka odnotowała w styczniu spadek przychodów o 80 proc. w stosunku do stycznia ubiegłego roku. Zapewne kolejne miesiące przyniosą dalsze skutki. Uważnie obserwujmy.

Bankowość spółdzielcza, czyli doceńmy swoje

Główną przyczyną naszych kłopotów z opcjami walutowymi i spekulacją na złotówce nie jest brak euro, ale bezmyślna sprzedaż większości naszego sektora finansowego obcym bankom w latach wcześniejszych.

Duże koncerny finansowe, kupując bank w Polsce, sprowadzają go do roli swojego oddziału. Dla nich nasz kraj jest peryferyjny. A ich oddział ma tu realizować ich potrzeby, a nie potrzeby polskiej gospodarki. O tym trzeba głośno mówić i domagać się od rządu działań wzmacniających tę część bankowości, która pozostała w polskich rękach. Jednym ze sposobów jest dokapitalizowanie PKO BP.

Proponował to ostatnio wicepremier Waldemar Pawlak, który w obecnym rządzie jest jednak w wyraźnej mniejszości.

Na tym tle powinniśmy też docenić naszą bankowość spółdzielczą i kasy oszczędnościowo-rozliczeniowe. Poza tym, że są w całości polską własnością, to zajmują się tym, co nam jest naprawdę potrzebne. Przyjmują depozyty od ludności, udzielają kredytów, prowadzą rachunki, czyli obsługują naszą gospodarkę.

Są z nami od dawna, nie angażują się w ryzykowne operacje, zadowalają się godziwym zyskiem. Lokalny rozwój jest dla nich najważniejszy, bo od niego zależy także ich los. Dzisiaj to oni uosabiają prawdziwą bankowość, godną zaufania i współpracy.

Bogusław Kowalski

źródło: Tygodnik Katolicki "Niedziela" 

Cały materiał

Tekst publikujemy za zgodą redakcji tygodnika "Niedziela".

—– Original Message —–
From: Lidia Dudkiewicz
To: jerzy krajewski
Sent: Saturday, March 21, 2009 1:41 PM
Subject: niedziela

Szanowny Panie!

Wyrażamy zgodę na zamieszczenie na stronach wymienionych w korespondencji do "Niedzieli" tekstu Bogusława Kowalskiego (PiS) pt. "Czy bankowość to spekulacje i hazard?". Proszę zaznaczyć źródło cytowania: "Niedziela" nr, data.

Z wyrazami szacunku – Lidia Dudkiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *